Mój pierwszy raz
No i stało się! Zrobiłem moje pierwsze zdjęcia w średnim formacie i do tego w kwadracie.
Jakiś czas temu wymyśliłem sobie, że zjęcia takie jakie najbardziej mi się podobają można zrobić tylko na średnim formacie. Wynika to z wielu rzeczy ale ogólnie z faktu, że głębię ostrości (małą) przy określonej perspektywie (a co za tym idzie pośrednio i polu widzenia), które bardzo mi odpowiadają można uzyskać tylko na średnim formacie. Wyjaśnienie tej zależności to temat na inną okazję niestety. Teraz czas na czyny.
Niestety z zakupu Mamiya'i C330 wyszły nici ale to przecież nic nie znaczy. Na szczęście (ten słynny) Rudolf okazał się tak miły i pożyczył mi swojego Starta 66, od którego on sam również rozpoczynał swoją przygodę z fotografią analogową. No i przepadłem. Samo fotografowanie jest tak miłe i tak zupełnie inne od ciśnieniowego strzelania fotek lustrzanką cyfrową, że nie chce się wierzyć. Komfort pracy jest zupełnie inny. Po pierwsze więcej się myśli a mniej celuje.
Procedura wygląda mniej więcej tak: najpierw, z grubsza wybiera się kadr. Zaglądanie w kominek znacząco różni się od podglądania świata przez dziurkę w wizjerze. Przede wszystkim nie trzeba kucać jeżeli chce się zrobić zdjęcie "z dołu", bo patrzy się z góry. Fakt, matówka nie jest najjaśniejsza i nawet przy całkiem niezłym oświetleniu trzeba odrobinę wprawy aby poprawnie zauważyć brzegi kadru, przy świetle sztucznym, np. w mieszkaniach, jest jeszcze gorzej i na brzegach w zasadzie niewiele widać nawet jak się mocno przygląda. Nie jest to jednak coś, czym należałoby się przejmować, bowiem swoboda spoglądania na rzeczywisty obraz wyświetlany na matówce z nawiązką rekompensuje wszystkie niedogodności.
Pewnie nie wiecie co mam na myśli?
Ano dla mnie zerkanie w wizjer (czy pryzmat) przez mały okular przypomina oglądanie świata przez dziurkę od klucza. Obraz jest "blisko" i trudno go ogarnąć w całości, skupić się na kompozycji. Do tego trzeba albo trzymać aparat w rękach (niezależnie, czy jest na statywie, czy - jeszcze gorzej - nie) albo nachylać się i przyrzymywać zaglądając do niego. Ni cholery nie pozwala mi się to skupić na kadrze. Nie ma takiej siły, zawsze mnie coś rozprzasza. Pozatym w wizjerze widoczne są te wszystkie parametry: czas ekspozycji, czułość filmu, przesłona, pomiar światła, ilość wolnych klatek, sposób pomiaru światła, strefy pomiaru ekspozycji i ostrzenia... cała masa informacji, których jedynym celem jest odwrócenie naszej uwagi od kadru.
A w średnim formacjie (bez pryzmatu!!!)? Stawiasz aparat na statywie, ustawiasz kadr i sobie patrzysz. Możesz się w międzyczasie podrapać po głowie albo brodzie (zależy gdzie masz więcej włosów), albo nawet tam gdzie akurat masz ochotę. Możesz rozejrzeć się spokojnie albo nerwowo (zależy co albo kogo fotografujesz). Możesz też spojrzeć na asystenta i rzucić retorycznie: "No i jak?" albo całkiem rzeczowo: "Podaj, proszę światłomierz". Praktycznie cały czas masz wolne ręce, w których nic nie trzeba trzymać. Można je wykorzystać do różnych pożytecznych rzeczy a jak wiadomo, wolne ręce czasami się przydają (może nawet najbardziej wtedy, kiedy się tego najmniej spodziewasz).
Jak już jest wstępnie ustalony kadr i wydaje Ci się on odpowiadać możesz zmierzyć światło (doskonale nadaje się do tego lustrzanka cyfrowa z tymi swoimi cyferkami, można szybko odczytać co i jak a nawet strzelić prewkę). Wcześniej albo później należy wykoncypować głębię ostrości i ustawić czas i przesłonę biorąc pod uwagę zmierzone cyfrówką światło (warto przy tym skorzystać z usług Ramzesa XX). W końcu możemy ustawić ostrość, uwzględniając odległość hiperfokalną albo i nie (ostrość też możemy ustawić na początku albo nawet wcale jej nie ustawiać jest to bowiem kwestia gustu i naszego wrodzonego artyzmu).
Na samym końcu możemy się jeszcze trochę poprzyglądać na nasz (ustawiony już perfekcyjnie, wymierzony i ten teges) kadr. Teraz jest czas na sprawdzenie, czy nie wlazła nam gdzieś wycieczka rozwrzeszczasnych przedszkolaków w kolorowych kurteczkach albo spokojnego oczekiwania na to aż przelatujący klucz dzikich gęsi utworzy nam w kadrze niezapomniany układ. Na koniec robimy zdjęcie, potem dubla (niestety Start potrafi zaświetlić klatkę) i już możemy iść szukać dalej...
Abstrachując od sytuacji plenerowych, moje pierwsze zdjęcia Startem wykonałem w domu, przy oświetleniu żarowym, na filmie Fuji NPH 400, czas (afaik) 1/30s. Na zdjęciu uśmiecha się mój dziadek, który odwiedził mnie akurat w dniu, w którym pożyczyłem Starta.
A teraz nich mi ktoś wytłumaczy: po co ludzie kupują te cyfrowe zabawki?
Może ja jakiś inny jestem ale mi podoba się i głębia ostrośi (mała) i plastyka i nawet ziarno! A przecież szkiełko tego aparatu to nie jest żaden CZJ.
Aj... byłbym zapomniał: zdjęcie skanował Rudolf i (podobno) wcale się do tego nie przykładał (tak przynajmniej twierdzi), więc to co widać to wcale nie jest szczyt u możliwości tego sprzętu . Nie wiem za to, czy przypadkiem nie jest mój szczyt umiejętności... czas pokaże :)
2 komentarze:
"Możesz się w międzyczasie podrapać po głowie albo brodzie (zależy gdzie masz więcej włosów)"
do mnie pijesz? :P
W żadnym razie!!! :)
Prześlij komentarz